In the magnificent art series Power of Art, Simon Schama recounts how he came to discover Mark Rothko.”
“One morning in the spring of 1970, I wandered into the Tate Gallery and took a wrong – or perhaps the right – turn, and there they were, waiting for me. It wasn’t love at first sight. Rothko had insisted that the lighting be kept almost theatrically low, like entering a cinema, where expectation hangs in the dimness. Something in those paintings was throbbing steadily, pulsing like the inside of a living body, all crimson and purple. I felt as if I were being drawn through those black lines into some mysterious place in the universe. Rothko said his paintings begin an unknown adventure into an unknown space. I wasn’t sure where that was – or whether I even wanted to go.”
I discovered Mark Rothko thanks to Simon Schama and his series Power of Art. Much like Schama himself, it was not love at first sight. I have the feeling that my appreciation of his work was, in a way, “engineered,” because J. fell for it almost instantly. I still wonder whether J. fell in love with Rothko’s paintings themselves, or with Rothko’s paintings as seen through Simon Schama’s eyes.
I must admit that Schama’s episode devoted to Rothko is, in itself, a work of art – a breathtaking, deeply moving narrative and interpretation. One of the most beautiful I have ever seen. It was J. who first discovered Power of Art, and we watched together the episodes dedicated to different artists. All of them were beautiful, yet it is the one about Rothko that has stayed with me.
***
Simon Schama w przepięknym serialu poświęconym sztuce Power of Art opowiada, jak odkrył Marka Rothko:
“Pewnego wiosennego poranka w 1970 roku wszedłem do galerii Tate i skręciłem w złą – a może właściwą – stronę. I tam były [obrazy Rothko], czekając na mnie. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Rothko nalegał, by oświetlenie było utrzymane niemal teatralnie nisko, jak w kinie, gdzie w półmroku rodzi się oczekiwanie. W tych obrazach coś pulsowało, biło rytmicznie niczym wnętrze żywego ciała, całe w karmazynie i purpurze. Czułem, jakbym był wciągany przez te czarne linie w jakieś tajemnicze miejsce we wszechświecie. Rothko mówił, że jego obrazy rozpoczynają nieznaną przygodę w nieznaną przestrzeń. Nie byłem pewien, dokąd to prowadzi – i czy w ogóle chcę tam iść.”
Ja odkryłam Marka Rothko dzięki Simonowi Schamie i jego serii Power of Art. Podobnie jak u Schamy, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Mam wrażenie, że w polubienie jego sztuki zostałam trochę „wmanipulowana”, ponieważ to J. zakochał się w niej niemal natychmiast. Zastanawiam się, czy J. zakochał się w samych dziełach Rothko, czy może w dziełach Rothko oglądanych oczami Simona Schamy…
Muszę przyznać, że odcinek Schamy poświęcony Rothko jest sam w sobie dziełem sztuki – przepiękną, poruszającą opowieścią-interpretacją. Jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam. To zresztą J. odkrył Power of Art. Oglądaliśmy razem kolejne epizody poświęcone różnym artystom. Wszystkie były piękne, ale to właśnie ten o Rothko pozostał w pamięci.

Mark Rothko Exposition
No.9 Dark over Light Earth / Violet and Yellow in Rose, 1954
Rothko made me start asking myself questions that, at first glance, seemed almost trivial. For instance: if I had been the one to discover Power of Art, would we have watched the series in the same way? Would J. have fallen in love with Rothko if I had been the first to suggest that he was a brilliant artist?
These reflections led me a step further. I began to seriously wonder how much of what I like is truly my own choice, and how much has been subtly suggested to me from the outside. It was a dramatic revelation — not so much about Rothko himself as it was triggered by him. Rothko became its symbol.
***
Rothko sprawił, że zaczęłam zadawać sobie pytania, które z pozoru wydawały się błahe. Na przykład: czy gdybym to ja odkryła Power of Art, czy oglądalibyśmy ten serial w ten sam sposób? Czy J. zakochałby się w Rothko, gdybym to ja pierwsza zasugerowała, że to genialny artysta?
Te rozważania doprowadziły mnie krok dalej. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, na ile to, co mi się podoba, jest naprawdę moim własnym wyborem, a na ile zostało mi zasugerowane z zewnątrz. To było odkrycie dramatyczne – nie tyle związane z Rothko, co przez niego wywołane. Rothko stał się jego symbolem.

I came to realise that, for years, what I had considered my own taste – my aesthetic choices – had been suppressed, even denied, by myself. Did I even have a taste of my own anymore? Did I truly know what I liked, what I wanted? Once, I felt I did. But gradually, my choices lost their meaning. They were dismissed, brushed aside, ridiculed as silly or not good enough. They began to fill me with embarrassment, even guilt, for my supposed immaturity and ignorance. So I quickly learned to keep them to myself. I ignored them, repressed them, until finally I adopted as my own whatever J. deemed valuable.
I tried to go back in time to the moment when I still shaped my own opinions and aesthetic preferences. It felt distant, almost erased – I could remember only scraps, fragments. And yet, every day, when we look at something, we instinctively know whether it moves us or not. Something stirs emotion – or it doesn’t. But in my case, there was now another voice, censoring, stronger than the initial spark of delight. And it was that voice that had been shaping my world for many years. It was the dominant one.
And so… yes. Rothko stirs in me very powerful emotions. It is exactly as he said: his paintings begin an unknown adventure into an unknown space. I was not sure where it would lead – or whether I even wanted to go there.
***
Uświadomiłam sobie, że przez lata to, co uznawałam za swój gust czy estetyczny wybór, było przeze mnie samą tłumione, wypierane. Czy ja w ogóle miałam jeszcze własny gust? Czy wiedziałam, co naprawdę lubię i czego chcę? Kiedyś to czułam, ale stopniowo moje wybory traciły znaczenie. Były pomijane, komentowane jako głupiutkie czy niedostatecznie dobre. Zaczęły wzbudzać we mnie samej zakłopotanie i poczucie winy z powodu mojej własnej niedojrzałości i ignorancji, więc szybko nauczyłam się o nich nie wspominać. Ignorowałam je, wypierałam, aż w końcu przyjęłam to, co J. uważał za wartościowe, za swoje własne.
Próbowałam cofnąć się w czasie do momentu, gdy jeszcze sama kształtowałam swoje opinie i estetyczne preferencje. Wydawało się to odległe, wyparte – pamiętałam tylko skrawki, fragmenty. A przecież codziennie, patrząc na coś, automatycznie czujemy, czy nam się to podoba, czy nie. Coś wzbudza w nas emocje – albo nie. Jednak w moim przypadku pojawiał się teraz jeszcze inny głos, cenzurujący, silniejszy niż pierwotne uczucie zachwytu. I ten właśnie głos kształtował świat wokół mnie od wielu lat. Był dominujący.
Więc… tak. Rothko wzbudza we mnie bardzo silne emocje. Jest dokładnie tak jak mówił, jego obrazy rozpoczynają nieznaną przygodę w nieznaną przestrzeń. Nie byłam pewna, dokąd to prowadzi – i czy w ogóle chcę tam iść.

Yet, when the Fondation Louis Vuitton in Paris announced an exhibition of his works, I felt a surge of excitement. I knew we had to see it.
I wish I could simply write that the Rothko exhibition in Paris left an extraordinary impression on me. And it did – but not quite in the way one might expect. I still carry within me an old, persistent fear of public places. Over the years, I have tried to tame it, to suppress it for practical reasons – life, after all, demands functioning among people – but it remains a part of me.
On the one hand, I long to be among others, to feel that I belong to some kind of community. On the other, once I am there, I am overwhelmed by an irresistible urge to flee, to retreat to the safety of my own space. What seems to others like a childishly simple task often becomes, for me, a source of tension. Even something as trivial as buying a ticket at the counter – so effortless for most – can fill me with hours of quiet anxiety beforehand.
***
A jednak, kiedy w Paryżu pojawiła się wystawa jego dzieł zorganizowana przez Fundację Louis Vuitton, czułam ekscytację. Wiedziałam, że musimy ją zobaczyć.
Chciałabym napisać, że wystawa Rothko w Paryżu zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. I to prawda – ale nie do końca w taki sposób, jak można by się spodziewać. Mam w sobie dawny, wciąż obecny lęk przed miejscami publicznymi. Przez lata starałam się go oswoić, stłumić ze względów praktycznych – życie w końcu wymaga funkcjonowania wśród ludzi – ale on wciąż we mnie jest. Z jednej strony pragnę być wśród ludzi, poczuć, że jestem częścią jakiejś wspólnoty. Z drugiej strony, gdy już się tam znajdę, ogarnia mnie nieodparte pragnienie ucieczki, powrotu do bezpiecznej przestrzeni. To, co dla innych wydaje się dziecinnie proste, dla mnie bywa źródłem napięcia. Choćby kupienie biletu w kasie: dla wielu osób to drobnostka, dla mnie – powód do kilku godzin wcześniejszego niepokoju.

Art exhibitions – especially those that draw large crowds – are, for me, a challenge. In such situations, I feel closed off, almost paralysed. Instead of contemplating the works, I am seized by an impulse to hurry through the rooms and leave as quickly as possible. I cannot bring myself to step close to a painting, to linger before it – unless I am alone or in a place I know, a place where I feel safe.
That is why I truly experience art only later, at home. When I am alone, in silence, I revisit the exhibition through the photographs I discreetly took on my phone, or I immerse myself in the album I bought there. It is then, in the quiet of my own space, that the paintings finally begin to speak to me.
***
Wystawy sztuki – zwłaszcza takie, które przyciągają wiele osób – są dla mnie wyzwaniem. W takich sytuacjach czuję się zamknięta w sobie, niemal sparaliżowana. Zamiast kontemplować dzieła, pojawia się we mnie impuls, by jak najszybciej przejść przez sale i wyjść. Nie mam odwagi podejść blisko do obrazu, zatrzymać się przy nim dłużej – chyba że jestem sama albo w miejscu, które znam i w którym czuję się bezpiecznie.
Dlatego sztukę tak naprawdę przeżywam dopiero później, w domu. Kiedy jestem już sama, w ciszy, przeglądam ukradkiem zrobione telefonem fotografie, zaglądam do zakupionego na wystawie albumu.

In a rush, I noticed a series of images from The Subway. One fragment stayed with me particularly – the couple, perhaps lovers, hidden behind a column supporting the ceiling of the underground metro station. The figures were elongated, almost unreal, yet they stirred something warm inside me. They evoked a fleeting, pleasant memory from the past. The moment my gaze lingered on that scene, a censoring voice immediately arose within me: “Ah, so you like this – a kiss in the subway. How original. What a cliché. You silly little woman…”
Later, at home, when I reached for the album published by the Fondation Louis Vuitton to find the painting, I discovered it looked entirely different. What I had so clearly remembered was only a small fragment of a larger composition. In my memory, it had grown into an entire scene.
This made me realise how much we “project” our own memories, emotions, and fantasies onto works of art. What we see is often a blend of the external image and what we carry within. That fleeting moment – often unnoticed by us – the merging of image and memory – is a genuine event.
***
Zarejestrowałam w pośpiechu serię obrazów The Subway. W pamięci szczególnie utkwił mi fragment – para, być może kochanków, ukryta za kolumną podtrzymującą strop podziemnej stacji metra. Postacie były wydłużone, niemal nierealne, a jednocześnie budziły we mnie coś ciepłego. Przywołały jakieś ulotne, miłe wspomnienie z przeszłości. W chwili, gdy mój wzrok zatrzymał się na tej scenie, natychmiast pojawił się we mnie głos cenzorujący: „Aha, to ci się podoba – pocałunek w metrze. Bardzo oryginalnie. Co za banał. Ale z ciebie głupiutka kobietka…”
Kiedy później, już w domu, sięgnęłam po album wydany przez Fundację Louis Vuitton, by odnaleźć to dzieło, okazało się, że ten obraz wygląda zupełnie inaczej. To, co tak wyraźnie zapamiętałam, było jedynie małym fragmentem większej kompozycji. W mojej pamięci urósł on do rangi całej sceny. To uświadomiło mi, jak bardzo „projektujemy” na dzieła sztuki własne wspomnienia, emocje czy fantazje. To, co widzimy, często jest połączeniem obrazu zewnętrznego z tym, co nosimy w środku. Ten ulotny moment, często nierejestrowany przez nas – połączenie obrazu ze wspomnieniem – jest wydarzeniem prawdziwym.

Another moment that etched itself into my memory was when I stood before one of Rothko’s classic paintings. As I looked, I had the impression of standing before a door sealed with paper – paper meant to shield the interior from prying eyes. Yet, in my experience, I wasn’t standing outside; I was inside a dimly lit room, and through small, unsealed cracks, light from outside was seeping in. That light was extraordinarily gentle. It made me want to tear away the paper covering the door, open it wide, and let the light flood in completely. It also reminded me of a line from a Leonard Cohen song…
Later, I tried to find that painting in the exhibition catalog, but I wasn’t sure whether the work I saw in the album was the same one. I no longer felt that intense sensation of light breaking through. Perhaps it wasn’t the same painting at all. Or maybe that feeling cannot be recreated from a reproduction – it exists only in the moment of encounter…
***
Innym momentem, który zapisał się w mojej pamięci, było przyglądanie się jednemu z klasycznych obrazów Rothko. Patrząc, odniosłam wrażenie, że stoję przed drzwiami zaklejonymi papierem – papierem mającym chronić wnętrze przed ciekawskimi spojrzeniami. Jednak w moim odczuciu to nie ja stałam na zewnątrz, ja stałam w środku, w zaciemnionym pomieszczeniu, a przez niewielkie, niezaklejone szpary przeciskało się światło z zewnątrz. To światło było niezwykle przyjemne. Sprawiało, że miałam ochotę zerwać ten zaklejający papier, otworzyć drzwi i wpuścić je do środka w całej pełni. Przypomniało mi to również wers z piosenki Leonarda Cohena…
Później próbowałam odnaleźć ten obraz w katalogu wystawy, ale nie byłam pewna, czy dzieło, na które spoglądałam w albumie, było tym samym. Nie czułam już tego intensywnego wrażenia przedzierającego się światła. Być może to wcale nie był ten sam obraz. A może tego uczucia nie da się odtworzyć z reprodukcji – istnieje tylko w chwili spotkania…

Mark Rothko Exposition
Several other canvases evoked a similar sensation in me: light filtering through cracks, reminiscent of the gentle glow that slips into a room on a summer night through gaps in the curtains. It was just as pleasant, just as soothing.
***
Kilka innych płócien również wywołało we mnie podobne odczucie: światło przedzierające się przez szczeliny, przypominające to, które w letnią noc wślizguje się do pokoju przez szpary w zasłonach. To było równie miłe, równie kojące.

Mark Rothko Exposition
Black on Maroon, 1959
In many of Rothko’s paintings, there is no light at all. Not a single tiny crack through which anything might slip. They are like doors bolted tight on all sides – heavy, silent, impenetrable. And yet, these paintings work too – though in a different way. They offer no comfort; rather, they confront us with darkness, with closure, with the hardest parts of ourselves.
***
Na wielu obrazach Rothko nie ma żadnego światła. Ani jednej drobnej szczeliny, przez którą mogłoby się przecisnąć. Są jak drzwi zaryglowane na cztery spusty – ciężkie, milczące, nieprzepuszczające niczego. I te obrazy także działają – choć inaczej. Nie dają pocieszenia, raczej konfrontują z ciemnością, z zamknięciem, z tym, co w nas najtrudniejsze.


